Wykład

Na wykładzie o życiu

rzuconą zostałam dygresją

nie omawiano mnie długo

nie badano wnikliwie

zdążyłam tylko wywołać

kilka niepewnych uśmiechów

rozproszyć na chwilę powagę myśli

stać się okazją do wyjrzenia przez okno

 

Wzmianka o mnie

nie wniosła zbyt wiele

nie sprowokowała istotnych zmian

ani dyskusji na szczeblu ogólnoludzkim

zaledwie parę osób uznało ją za godną odnotowania

mniej więcej tyle samo pozwoliło by została w pamięci

 

Niektórzy ziewnęli pod moim pretekstem

dopili resztkę kawy

przetarli okulary

ktoś inny parsknął zniecierpliwiony

spoglądając na zegarek

w pięciu zdaniach prostych

uporano się ze mną

 

Ale i tak wdzięczna jestem

skończenie

za poświęconą mi uwagę

w tym osobistym wycinku czasu

bo jakby nie patrzeć

co pobyłam to moje

Tam, gdzie wszystko brzmi inaczej

Znalezienie się w miejscu, gdzie wszyscy ludzie posługują się nieznanym szeleszczącym językiem przypomina leżenie nocą na pustej plaży, kiedy zagłuszeni szumem morza, niczego nie widząc, tracimy wszelką pewność co do otaczającej rzeczywistości, a jednocześnie czerpiemy przyjemność z samego bycia i chcemy już tak zostać. Zwolnieni z obowiązku rozumienia czegokolwiek po prostu sobie trwamy i nasłuchujemy. Niczego nie oceniamy, z niczym nie musimy się zgadzać, przeciwko niczemu protestować. Tam, gdzie wszystko brzmi inaczej, staje się nagle niezwykle jasne, że słowa są tylko opakowaniem dla sensu i znaczeń. Kiedy przestaję nazywać, doświadczam. Smakuję bezimienne jedzenie, wystawiam twarz do nienazwanego słońca, słucham muzyki bez klasyfikowania gatunku. Zatracam się w nowym anonimowym świecie.

Rzymskie metro jest wypełnione ludźmi z najrozmaitszych krajów. Zajmuję wolne miejsce i wsłuchuję się w muzykę wypracowanych przez wieki różnych prób na opisanie rzeczywistości. Na ile są to udane próby i kto o tym decyduje?  Męczy mnie myśl, że posługiwanie się językiem jest jak śmieciowa umowa stworzona na potrzeby przetrwania. Zrywam ją za każdym razem kiedy używam słów obcego języka. Na ile język stanowi o nas, a na ile my o języku?

Miejsce przede mną zajmuje kobieta. Jest jedną z tych osób, na które chce się patrzeć bez końca, choć właściwie nie wiadomo dlaczego. Ma około czterdziestu lat, błyszczące włosy zaczesane do tyłu, zmęczone oczy. Zauważa mój wzrok, przez chwilę czuję jej spojrzenia na twarzy jak muśnięcia ciepłego wiatru. Zdaje się, że świat rozgrywa się tylko między nami. Ludzie obok zajmują kolejne miejsca, kupują bilety, czytają gazety. Szybko przestają znaczyć. Wypełniają tło. Więź wytworzona przez nas dwie jest więzią szczególną. Powstałą na potrzeby chwili, z założenia ulotną. W jej krótkotrwałym charakterze mieści się całe piękno. Wiemy, że trzeba z niego czerpać póki trwa, więc czerpiemy zachłannie, nie odrywając od siebie wzroku.

Nagle ona przerywa mi w połowie milczenia. Rozsypują się słowa w nieznanym języku. Mówi szybko i melodyjnie. Kręcę głową na znak, że nie rozumiem, ale ona mówi dalej, patrząc mi w oczy. Chłonę wszystko, każdą zgrabnie zawiniętą samogłoskę, soczyste r, miękkie przeciągnie słów na końcach pytań. Jej kolczyki w kształcie muszelek przez cały czas dynamicznie kołyszą się na boki, dłonie zataczają wymyślne kręgi, a biust unosi się i opada rytmicznie w miarę wypowiadanych słów. Jaką historię mi opowiada? Wygląda na przejętą, każde zdanie wymawia z zaangażowaniem. Uświadamiam sobie, że nigdy przedtem nikogo nie słuchałam tak uważnie. I ona chyba też to czuje, bo nagle przerywa, łapie mnie lekko za dłoń i uśmiecha się szeroko. Odwzajemniam uśmiech. Ona szybko podnosi się z miejsca i wychodzi z wagonu, przybierając na nowo skupiony, niedostępny wyraz twarzy. Nasza znajomość dobiegła końca.

To, co mówiła znaczyło dla niej. Dla mnie było tylko niejasnym przekazem. A jednak zdołałyśmy się porozumieć, odnaleźć się wspólnie w czasie.

Słowa znaczą, czy my znaczymy słowa?

I co to właściwie znaczy?

Odsłowiam się.

Przywołana

przywołali mnie więc jestem

wetknięta w ciało

widoczna gołym okiem

 

uzbrojona w myśli

lęki i smutek

zaciskam zęby w życiowym uśmiechu

 

cel mojego pobytu

podobno zbożny

choć niedefiniowany

 

nauczono mnie nie wnikać

zbyt głęboko

nieco trudniej przychodzi mi

lekcja obojętności

 

ciągle jeszcze narastam

pytaniami

szukam własnej przyczyny

 

uparcie nie rozumiem

i wątpię zawzięcie

 

odwołają mnie więc zniknę

ale na razie poruszam się

posłusznie

w zadanym mi ciele

Zapominam

Zapominam, że nie mam tu czasu. Balansuję w najlepsze pomiędzy godzinami, które tak biegłe są w mijaniu. Przyzwyczajam do siebie kształty dłoni. Poddaję się spojrzeniom i zamykam w objęciach. Beztrosko pozwalam, by słowa kierowały się do mnie z nadzieją na odzew. Nie pamiętam, że zniknę. Jak gdyby nigdy nic budzę się o porankach, które tak pomijane są w biegu.

Nieoczekiwanie

 

ależ wiedzieli

wiedzieli doskonale

przypominano im bez przerwy

jak krótki przewidziano dla nich pobyt

nie spodziewali się nawet zbyt wiele

walczyli

owszem

o swoje

bo walczyć należało

działali bo działanie było w cenie

i czerpali kiedy mieli z czego

ale wszystko z przekonaniem że wieczni tutaj nie będą

choćby bardzo chcieli

 

a jednak zaskoczył ich nagły koniec

jaki rak jaka śmierć

– nie dowierzali

pytali nawet o powody

i dlaczego oni a nie ktoś inny

mamy prawo zostać

– krzyczeli

a przecież znali prawdę

od początku

nikt nie próbował ich nabierać

proste to było

przejrzyste

jedno krótkie życie dla każdego

z nieoczekiwaną puentą

bez żadnych wyjaśnień

 

jakim prawem teraz czują się oszukani?